Posty

Jestem tchórzem

No niestety. Jestem tchórzem. Nie chce i nigdy nie chcialam. Ale jestem. Co prawda jest kilka decyzji, gdzie mogę powiedzieć, że zaryzykowałam. Ale byłam młodsza, jeszcze mogłam ryzykować. A teraz? Teraz już jestem... W sumie nadal młoda, lecz już nie tak. Nie taka młoda żeby ryzykować. Minął termin przydatności na ryzyko? Nie ma czegoś takiego. Na ryzyko nigdy nie powinniśmy być za starzy. Jednak ja... Jestem już tchórzem... Niby bym chciala, lecz się boje. Jednego dnia jestem przekonana - tak zrobię to! Na pewno! Nie mam nic do stracenia. Owszem mogę stracić czas i pieniądze. Ale zyskam doświadczenie. Przecież nie żałuję żadnej decyzji dotychczas. Za to żałuję, że wiele decyzji podjęłam za późno. Przecież nigdy nie jest za późno, dopiero tak mówiłam... jestem takim tchórzem. Mam żal do siebie. Nie chce być tchórzem! Ale jednak coś mnie blokuje... Sama siebie blokuje... Brak mi wiary, chociaż tak bardzo chcę wierzyć. Jestem szczęśliwa. Ale mogłabym przecież zdobywać chmury! I gory! I…

Odpowiedzialność

Tyle że większość ludzi dopiero jak zacznie pracować to wtedy zauważy, że życie jak się nie ma rodziny jest bez sensu. A czasem nawet jak osiągnął bogactwo to dopiero wtedy chcieliby mieć kogoś z kim mogliby się nim cieszyć.

No bo studiowanie jest spoko i w ogóle fajne, i w zasadzie to czemu by nie studiować całe życie? Jakbym miała stypendium to bym mogła studiować cały czas. Bo tak na prawdę to świetny czas, beztroski, możesz iść na zajęcia, ale w sumie jak nie pójdziesz to może i tak jakoś zdasz, możesz się spóźnić i najwyżej się wkurzą i Cię wywalą. Możesz robić co chcesz, bo masz mnóstwo czasu. Tak! Już potem w życiu nigdy nie ma tyle wolnego czasu co na studiach...
A po studiach? Trzeba być odpowiedzialnym, trzeba codziennie iść do pracy i to na konkretną godzinę. A małżeństwo? Wtedy to już trzeba być całkiem odpowiedzialnym.
Nie dość że na siebie to jeszcze za kogoś, i trzeba zapewnić komuś dach nad głową i dzieci muszą mieć co jeść. I nie powiesz "A rzucam pracę, bo w zas…

Patrz sercem

Ile razy patrzę na świat przez pryzmat zazdrości. Staram się tego nie robić. W końcu od czego mam serce? Dobrze, że je mam. Dzięki niemu mam wyrzuty sumienia. To dobra sprawa. Ile razy powiedziałam coś tylko dlatego, że nie mogłam znieść, że komuś coś się udało. A mnie nie. Przecież nawet nie spróbowałam. Ale mam serce, które czasem nie pozwala mi zasnąć. Myślę o czymś i czuję w sercu. Czuję jak się broni. Rozgrywa się walka pomiędzy tym co mówi rozum, co jest ludzkie, a tym co w sercu, co pochodzi od Boga. Nie zasnę dopóki nie wygra serce. Kiedy tak myślę, wyobrażam sobie rozmowę z ta osobą. Na początku jest ostro, mówię co myślę. Przecież JA wiem jak być powinno. Każda kolejna wyobrażona rozmowa jest bardziej spokojna. Dochodzę w końcu do momentu, kiedy już wygrało serce. Wtedy strasznie żałuję, że to tylko wyobrażona rozmowa. Chciałabym wtedy rozmawiać naprawdę. Może dojdzie kiedyś do takich rozmów. Rozmów o uczuciach, o przeżyciach, o Bogu. A po co właściwie nam ta wiara? Przecież…

Kiedy już przestanę się bać

Wierzę że przyjdzie taki dzień, że przestanę się bać. Wstanę pewnego dnia i zacznę robic to co chce. Dobrze wiem co bym robiła. Wierzę. Chyba muszę się o to pomodlić. Wiedzieć, że powinnam coś zrobić, a to zrobić to zupełnie dwie różne rzeczy. Podobno Ford mówił, że Ci którzy nie popełniali błędów pracują dla tych, którzy je popełniali. Jest ryzyko, jest zabawa - tak też mówią. Gdyby tak pewnego dnia nie mieć nic do stracenia. Ale przecież nie mamy nic do stracenia...

W poszukiwaniu straconego sensu

W zasadzie to nie wiem czy to stracony sens. Może nigdy go nie było. Cała ta egzystencja płytka strasznie. Idziesz do pracy, po to by mieć pieniądze, pieniądze po to żeby mieć za co żyć - tą 1/3 życia która Ci zostaje odliczając sen i pracę. A w zasadzie to mniej, bo jeszcze dojazdy i inne pierdoły, które nic nie wnoszą. Silną potrzebę niesienia pomocy mam. Ale komuś kto jej na prawdę potrzebuje, a nie chce się wyręczyć kimś... Chcę w końcu coś zrobić z sensem... Pomóż mi Panie odnaleźć ten zaginiony sens. Sama się motam i nie wiem czego chce. Może źle szukam. Na pewno.

Aktywnie rozpocząć dzień

Obraz
Kiedy dzisiaj rano wstałam pomyślałam sobie, że chyba czas najwyższy się za siebie wziąć. Wypiłam szklankę wody i zaczęłam szukać porannych ćwiczeń. Na początek ćwiczenia rozciągające. Co za los. Moje ciało jest jak kamień, a jednak wolalabym wolałabym żeby było jak guma. Jak to możliwe że w gimnazjum bez problemu dotykałam głową do kolan, a teraz nie mogę dotknąć nawet rękami do kostek? Ostatni raz systematycznie ćwiczyłam na studiach! Nie tak dawno miałam wf, pewnie ze 2 lata... No ale przecież chodzę na basen! Raz na tydzień... Albo raz na 2. I jeżdżę rowerem! Jak jest pogoda i mam gdzie. W sumie idzie zima... Na nic te tłumaczenia. Po prostu lata zaniedbań. A jestem przecież jeszcze młoda. Mam dopiero 24 lata! A mam problem, żeby stać pochylona przez 20 sekund! Idę się dalej porozcinać. Zaraz wrócę.

Już. Nawet nie wiem czy teraz psychicznie czuję się lepiej czy gorzej. Dobrze, bo poćwiczyłam. W końcu. Ale świadomość tego w jakiej kondycji jest moje ciało, jednak nie napawa mnie op…

Poranek

Obraz
Obudziłam się o 7. Sobota. Spojrzałam w stronę okna. Słońce. Już połowa października, a wciąż tak pięknie. Jeszcze mgła. Wstałam i ze szklanką wody wyszłam na balkon. Zimno. Czego możnaby się spodziewać o tej porze roku. Przyjemnie popatrzeć na żółknące liście zatopione w słońcu. Szum miasta, ale nie zakłóca mi śpiewu ptaków. Pełno ptakow, prawie wiosna. Lecz wciąż zimno, więc założyłam szlafrok.
Jak wspaniale jest wstać i nie musieć nic. W spokoju wypić te wodę i zastanowić się co zjeść na sniadanie.
Tak po prostu czuję się dziś szczęśliwa.
Stoję tak i marznę, choć jest mi tak przyjemnie. Patrzę gdzieś w dal, chociaż mi mgła przesłania. Krzyż jeszcze widać, wieży już nie. Jakby jej nigdy tam nie było. Mgła świetnie udaje niebo. Czuję jak wszystko budzi się do życia, a to przecież jesień. Kocham taką jesień. Czas na śniadanie.